wtorek, 18 lutego 2014


Jedna fotografia zamiast tysiąca słów


 Po co nam przysłowia i porzekadła? Z pewnością nie po to, by traktować je jak prawdy objawione i jedynie przytakiwać, choć większość z nas przytakuje, nie zastanawia się. Nie wiem, kto, kiedy po raz pierwszy użył formułki: Jedno zdjęcie powie więcej niż tysiąc słów. Obecnie jest to motto wielu fotoreporterów i być może takie jest też źródło powiedzonka. Dzisiaj przysłowiami stają się „złote myśli” ludzi mediów, reklamy, biznesu. Zbyt łatwo przyjmujemy je za trafne.
 Ile razy słyszałem hasło, w dwóch wersjach prezentowane powyżej, o obrazie i słowie, tyle razy wszyscy automatycznie się z nim zgadzali. Pierwszy z nim problem polega na tym, że jest w nim element licytacji. Nie mówi o dwóch językach opisu rzeczywistości, z których każdy ma swoje atuty i swoje ograniczenia. Niestety wskazuje drogę rzekomo skuteczniejszą.
 Można interpretować je także i tak - ludzie są leniwi, nie przeczytają artykułu, lepiej dać im to, z czym ewentualnie się zapoznają. Wówczas przytakując, uprawialibyśmy nieuświadomioną samokrytykę.
 Nie skłaniam się do tej interpretacji (choć powszechność lenistwa intelektualnego jest faktem), bo i ona idzie w stronę licytacji, a ja licytować się nie chcę. Słowo i obraz to dwie równorzędne formy ekspresji. Każda ma swoje miejsce. 
 Oczywiście wielbiciele literatury nie raz mówili o wyższości swojej sztuki np. względem kina czy właśnie fotografii, pewnie rzadziej malarstwa czy muzyki. Ten punkt widzenia jest mi obcy.
 Fotografia, video-instalacje, performance, kiedyś happening, te dziedziny sztuki nadal wywołują nieufność. Też mogę oblać się farbą, myśli widz. Ktoś inny rymuje: jeśli nie potrafi, to do fotografii. Ten ostatni złośliwy żarcik (choć chętnie cytowany przez samych fotografów, przynajmniej niektórych, autoironicznie) ma swoje uzasadnienie w zdarzającej się przypadkowości efektu. Teoretycznie każdy kto ma w rękach aparat może zrobić nawet bez premedytacji dobre zdjęcie. Nie da się przypadkiem namalować wybitnego obrazu, skomponować sonaty czy napisać powieści. Tyle tylko, że posiadamy narzędzia do oceny fotografii. Dla mnie podstawowymi wyznacznikami są z jednej strony oryginalność, z drugiej powtarzalność efektu (nie wtórność, lecz powtarzalność jakości). Czasem za kryterium przyjmuje się wartość dokumentalną zdjęcia. 
 Nie chodzi mi o to, by teraz bronić fotografii jako dziedziny sztuki, bo takiej obrony z pewnością ona nie wymaga. Starałem się raczej, może zbyt obszernie, zbudować kontekst pozbawiony rywalizacji pomiędzy dyscyplinami artystycznymi.

 Jedna fotografia – tysiąc słów.
Jeśli literatura na wysokim poziomie, to jaka ogromna przyjemność z lektury tysiąca słów. Nie jest to zresztą liczba wygórowana. Może wydawać się duża tylko z perspektywy prasowej. W książce to drobny ustęp.
 Bach! Widzisz zdjęcie! Już! Ekscytacja! Reakcja! To przyjemne.
 Ale oto druga możliwość. Odmienna droga. Zatapiasz się w lekturze. Stopniowo w twojej wyobraźni kształtuje się obraz. Czytasz. Wędrujesz.

 Ile potrzebujemy słów? Włoski pisarz Alessandro Baricco powiedział kiedyś, że jeśli chcesz opisać relację kobieta-mężczyzna, a nie jest to relacja, którą można zamknąć w jednym prostym słowie, takim jak miłość, nienawiść, przyjaźń i zazwyczaj nie jest, to musisz napisać osiemdziesiąt stron, by ją oddać. A może trzysta stron albo tysiąc.
 Franciszek Starowieyski mawiał, że każde słowo wypowiedziane o dziele plastycznym jest literaturą. Może nie zawsze potrzebną. Właściwie już tytuł obrazu wykracza poza malarstwo.
 Dzisiejsza kultura preferuje obraz. Ludzie nie chcą i coraz częściej nie potrafią czytać, mówić, słuchać (nie mam oczywiście na myśli czynności tych w najbardziej podstawowym znaczeniu). Paradoks polega na tym, że gdy człowiek współczesny staje przed obrazem w galerii, często łaknie opisu werbalnego. Boi się, że istnieje jakaś jedyna właściwa odpowiedź na zagadkę, jaką jest obraz. Ogarnia go lęk, że on tej odpowiedzi nie zna. Wówczas literacki opis jest wybawieniem. Można go będzie powtórzyć w rozmowie. Zwalnia od samodzielnego myślenia. 

 „Obraz” to słowo bardzo pojemne. Możemy myśleć o malarstwie, o fotografii, o każdej graficznej ilustracji. Obrazki w mediach. Pożądamy ich. Pożeramy je.
 Jest w pełni uzasadnione, że ciekawią nas zdjęcia z Marsa. Czym innym jest, gdy czekamy na zdjęcia paparazzich. Na aktorkę opalającą się topless.
 Czym innym jest ciekawość, czym innym wścibskość, czym innym podglądactwo.
 Nie chodzi mi o hierarchię etyczną. Nie chodzi o to, że jedno jest dobre, a drugie złe. Chodzi raczej to, że jedno jest wartościową pożywką dla naszej wyobraźni, a drugie bez tej wyobraźni doskonale egzystuje.

 Czasem słyszę pytanie, czy na moim blogu będę zamieszczał zdjęcia, filmiki. Wtedy wyjaśniam, że ma to być blog literacki. Ma przyciągać i bronić się słowem. Bez posiłków.

 Ostatnio podróżuję bez aparatu. Pomyślałem, że jeśli nie będę mechanicznie utrwalał widoków, miejsc, sytuacji, to zmuszę mój umysł do innego zapisu. A gdy obawiam się, że coś zapomnę (inna rzecz, zapominanie czasem jest ok, po co pamiętać każdy nieistotny detal), zawsze mogę zanotować w dzienniku. To większy wysiłek i nie ma pewności, jaką wywoła wizję u ewentualnego czytelnika. Ale pytanie, czy chcę przekazać mu obiektywną, techniczną reprodukcję obrazu, czy też chcę podzielić się z nim moimi własnymi odczuciami.
 Jest to wyzwanie. Nie sztuczne utrudnienie, ale pójście inną drogą.
 Do podróży bez aparatu nie namawiam. Niech każdy podróżuje tak, jak chce. Jeszcze chyba nie doszliśmy do etapu, kiedy gadżety i technika stanowiłyby jedyną naszą pamięć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz